Carly Slay Jepsen

Królowa popu jest tylko jedna.

Jeśli przeprowadzalibyście na ulicy sondę Kto jest prawdziwą królową pop?, można byłoby postawić kilka mocnych hipotez a priori: Beyoncé, Taylor Swift, może Lady Gaga. Gdybyście to samo pytanie zadali grupce tzw. „muzycznych nerdów”, mocną kandydatką byłaby pewna kanadyjska wokalistka, która dla mainstreamu pozostaje jednak raczej gwiazdą jednego przeboju. Coś wam dzwoni, może?

Tekst: Kacper Rzeńca

Carly Rae Jepsen wydaje się wzorcowym przykładem one-hit wonder. Po zajęciu trzeciego miejsca w kanadyjskiej wersji Idola oraz ciepłym, choć mało spektakularnym komercyjnie przyjęciu debiutanckiego folkowego albumu Tug of War, w 2011 r. wydała singiel Call Me Maybe. Początkowo utwór nie przebijał się poza kanadyjskie rozgłośnie radiowe. To właśnie w jednej z nich podczas wizyty w swoim rodzinnym kraju usłyszał go Justin Bieber, o czym nie omieszkał poinformować na swoim Twitterze: Możliwe, że to najbardziej chwytliwa piosenka, jaką kiedykolwiek usłyszałem. Zasięgi zrobiły swoje – piosenka zyskała natychmiastową popularność, a dzięki swoim wpływom popularny Biebs załatwił Jepsen jej pierwszy kontrakt z wytwórnią poza Kanadą. Dalszy ciąg historii wszyscy znamy: Call Me Maybe było hitem numer jeden w 2012 r. w kilkudziesięciu krajach, w tym m.in. w USA, Wielkiej Brytanii czy Polsce, a przed tą słodką, bubblegum-popową kompozycją ciężko było uciec. Mimo pewnego przegrzania w swoim czasie, hit jest wspominany dzisiaj raczej ciepło w pokoleniu późnych
milenialsów/wczesnych zetek i powoli nabiera statusu evergreena tamtej epoki.

Sukces Call Me Maybe spowodował, że wytwórnia zleciła Jepsen nagranie w kilka tygodni towarzyszącego singlowi albumu. Tak powstał Kiss, który daje słuchaczom mniej więcej to, czego można się spodziewać po okolicznościach jego powstania. Czuć, że jest niedopracowany, brakuje mu inspiracji oraz przebojowości. W ten sposób realizuje się typowy schemat gwiazdy jednego przeboju: początkowa kariera na obrzeżach mainstreamu (z dodatkowym smaczkiem w postaci sukcesu w talent show), niespodziewany sukces, na który nie była gotowa, szybka, nieprzemyślana próba skonsumowania fali popularności, która szybko opada, a przeżuta przez branżę artystka ląduje z powrotem poza głównym nurtem. W takiej opowieści dalszy ciąg zwykle wygląda tak, że przez jakiś czas ponawiane są próby odzyskania popularności, które jednak spełzają na niczym, a artystom pozostaje przez całą karierę kapitalizować ten jeden moment chwały, prezentując go na małych koncertach oraz wydarzeniach w rodzaju Dnia Ziemniaka czy reklamując sieć dyskontów odzieżowych na Podkarpaciu (tak, Norbi, mówię tu o tobie).

Miękkie lądowanie

Zamiast jednak próbować desperacko utrzymać się na szczycie, Carly postanowiła z gracją zeskoczyć z piedestału i wylądować gdzieś na granicy między głównym nurtem a muzyką niezależną. Będąc mało zadowoloną z produktu, jakim było Kiss, postanowiła, że na następny projekt poświęci zdecydowanie więcej czasu. Przez następne trzy lata napisała aż 200 nowych piosenek, przygotowanych we współpracy z największymi nazwiskami zarówno ze ścisłego jądra mainstreamu, jak i sceny indie. Czerpała przy tym garściami z dokonań popu lat 80., z najważniejszymi inspiracjami w postaci Prince’a, Madonny czy Cindy Lauper. Nie porzuciła przy tym tego, co przyniosło jej największy sukces, czyli słodyczy, naiwności, pewnej uroczej nieporadności, które stały za chwytliwością Call Me Maybe.

Tak powstało E•MO•TION, album, który miał się od tej pory stać głównym punktem odniesienia w jej karierze. Pierwszym singlem promującym zbliżającą się płytę było I Really Like You, które zdobyło sporą popularność, m.in. dochodząc do trzeciego miejsca w Wielkiej Brytanii. Ostatecznie E•MO•TION okazało się jednak komercyjną porażką, a kolejne single praktycznie nie przebiły się do szerszej świadomości. Album zebrał jednak bardzo dobre recenzje od krytyków, a z czasem zaczął obrastać kultem wśród osób uważających się raczej za fanów muzyki indie. Przemawiała do nich historia potencjalnej gwiazdy, której niespodziewany sukces branża próbowała wycisnąć do cna, a która postanowiła „nie sprzedać swojej duszy” i wydała płytę, która miała odpowiadać jej, a nie oczekiwaniom wytwórni, jakkolwiek ryzykując, że nie trafi ona z powrotem do mas.

Queen of being relatable

Jednak sama jej biografia raczej nie mogłaby zapewnić jej tak kultowego statusu w pewnych kręgach, jakim cieszy się dzisiaj. E•MO•TION to naprawdę świetna płyta, serwująca klasyczne dźwięki syntezatorów z lat 80. w nowoczesny, nietrącący myszką i nieopierający się jedynie na nostalgii sposób (dodatkowo po mistrzowsku wykorzystując równie charakterystyczny dla tamtego okresu saksofon). Jest zbiorem bardzo przebojowych piosenek, trzymających wysoki poziom przez całą długość trwania krążka. Dowodem na to może być to, że w gronie fanów Carly daleko jest od konsensusu, który utwór jest najlepszym – czy będzie to energiczne Run Away With Me (mój osobisty faworyt), tytułowe Emotion, balladowe All That, cukierkowe Gimmie LoveBoy Problems, klubowe Making The Most Of The Night, melancholijne Your Type, a nawet najbardziej polaryzujące Warm Blood (jako chyba najmniej „przystępny” utwór z płyty) oraz I Really Like You (jako z kolei najbliższy mainstreamu). Pozostają one jednak dalej mocno popowymi numerami, wlewając do zwykle ponurej banieczki fanów alternatywnego brzmienia więcej radosnego, beztroskiego „poptymizmu” i pozwalając na czerpanie przyjemności ze zwykłej, bezpretensjonalnej zabawy z muzyką, która w pierwszej kolejności ma być po prostu przyjemna.

Nie tylko warstwa muzyczna stanowi o wartości utworów Carly. Persona, jaką w nich kreuje, charakteryzuje się cechami, które nie są typowe dla gwiazd pop. Podmiot liryczny jest często nieśmiałą, nieporadną w relacjach dziewczyną. Opowiada ona najczęściej o swoim życiu wewnętrznym, nie zawsze radząc sobie ze swoimi emocjami, często kryjąc się w świecie fantazji: o przystojnym ogrodniku z sąsiedztwa (Call Me Maybe), ucieczce przed światem ze swoim ukochanym (Run Away With Me) czy wydostaniu się z friendzone’u (Your Type). W ten sposób staje się dobrym punktem odniesienia dla swoich bardziej introwertycznych fanów, nierzadko samych zagubionych w świecie uczuciowym. Dało to też jej dużą popularność w środowiskach LGBTQ+, osób, dla których miłość jest z reguły trudniejsza, nie tylko przez zmaganie się z wewnętrznymi dylematami, lecz także z zewnętrznymi ograniczeniami.

Specyfika jej odbiorców znajduje też wyraźne odzwierciedlenie w tym, jak okazują oni jej swoje uznanie. Nie będąc „typowymi” odbiorcami muzyki pop i stroniąc od częstego w tym gatunku fanatyzmu, podchodzą do niej z pewną dozą ironii i dystansu, czemu sprzyja też to, że sama Carly raczej nie kreuje wokół siebie klimatu pop diwy. W efekcie jej fandom należy do jednego z mniej toksycznych w celebryckim świecie. Przykładem tego jest mnogość memów na temat Kanadyjki, tworzonych przez fanów. Jednym z popularniejszych jest nazywanie wokalistki przy każdej możliwej okazji królową: królową emocji, królową wybierania złych utworów jako głównych singli, królową wydawania albumów w najgorszych możliwych momentach czy królową bycia slay. Zrodziło to zresztą głośną inicjatywę jednego z bardziej oddanych wielbicieli, który uznał, że jako arystokratka musi zostać posiadaczką miecza. Pod stworzoną przez niego petycją w tym temacie podpisały się dziesiątki tysięcy osób. Sprawa znalazła swój finał w 2018 r. podczas amerykańskiego festiwalu Lollapalooza, gdzie wręczono Carly podczas jej koncertu nadmuchany balonowy oręż. Artystka całą sytuację przyjęła z entuzjazmem i humorem.

Wystarczy być sobą

Carly Rae Jepsen dzięki E•MO•TION mogła odkryć się na nowo. Zbudowała sobie może nie największą na świecie, ale bardzo oddaną i pozbawioną toksyczności grupę fanów. Jej kolejne albumy zbierały bardzo dobre (jak E•MO•TION SIDE B czy Dedicated) lub dobre (Dedicated Side B i ostatni The Loneliest Time) recenzje od krytyków, którzy z czasem też jeszcze mocniej docenili samo E•MO•TION. Album znalazł się w czołowej pięćdziesiątce list najlepszych albumów dekady według najbardziej opiniotwórczych mediów muzycznych (m.in. „Pitchfork”, „Rolling Stone” i „Billboard”). Nie brakuje też głosów, że stanowił on jeden z najważniejszych punktów zwrotnych w popie poprzedniej dekady, rozpoczynając nową falę zainteresowania dorobkiem lat 80. Do artystów, którzy podkreślali znaczenie albumu dla świata popu i własnej twórczości należą m.in. Lorde, Taylor Swift, Charli XCX i Robyn.

Carly jednak nadal pozostaje poza radarem mainstreamu, co z zapałem podkreślają jej fani, przy każdej możliwej okazji mówiąc, że jest ona dzisiaj najbardziej niedocenioną artystką w świecie pop. Samej Kanadyjce nie wydaje się to jednak przeszkadzać – po tym, jak zasmakowała uroków wielkiej sławy wygląda na to, że wyżej stawia swoją wolność i autentyczność. Dzisiaj może robić swoją muzykę, bez konieczności dostosowywania się do wymagań wytwórni. Jej talent pozwolił jej nie tylko na pozostanie sobą, ale również na zbudowanie grupy oddanych odbiorców, jak i zapisanie się całkiem sporymi literami w historii muzyki.